Odbicie Agnieszki Zabrodzkiej

Odbicie Agnieszki Zabrodzkiej

Odkąd poluję na sztukę otwarto przede mną już całkiem sporo drzwi. Dosłownie czy w przenośni, zawsze zaskakuje mnie, jak fajnie może być po drugiej stronie i nigdy nie żałuję przekroczonego progu. Często sama uchylam przed sobą nowe możliwości, ale za rogiem zawsze kryje się inne wejście, do którego zaprosić mnie musi już ktoś-zupełnie-nowy.

8_ag_zabrodzka

Nigdy nie wiesz czego możesz spodziewać się wchodząc po schodach do kogoś po raz pierwszy, na nie wiedzieć które piętro, w jeden z tych dni, kiedy żar z nieba pali ci skórę, myśli i wnętrzności. Wdrapałam się po stopniach jednej z tych kamienic, o których zawsze marzę, zobaczyłam Agnieszkę, a zza niej wyszedł kot, który miauczał przez większość czasu i dzięki temu było jeszcze milej. Siedziałyśmy w kuchni i było gorąco, a potem pokazała mi obrazy i kiedy tak na nie spojrzałam to poczułam się jak nad jeziorem i od razu było mi lżej, ale i tęskno.

4_ag_zabrodzka

Agnieszka jest jedną z tych drobnych osób, za bardzo – myślisz – delikatnych na zbyt wietrzne dni, a przy swoich płótnach jest wielka. Nie, żeby format prac był karłowaty, rozmiary są porządne, chodzi o dojrzałość, która bije po oczach z tych sentymentalnych kompozycji, szmaragdowych jak zieleń pustych butelek po dobrym winie. Pełno jest tajemnicy w tych odbiciach w tafli wody i bardzo dużo niezmąconego spokoju. Mętny staje się jedynie wzrok po czasie, w którym wpatrujesz oczy między te brzozy i nie możesz przestać, bo przecież już jesień, a ty stajesz się bardziej wrażliwy. Farby spływają u Agnieszki trochę jak deszcz po oknach naszych mieszkań w październiku, z tą tylko różnicą, że patrząc na jej twórczość nie wpadasz w depresję tylko cieszysz się, bo widzisz przed sobą kawał świetnej sztuki. Zauważyli to chyba wszyscy, których potem obserwowałam przechadzających się na wystawie w rogu Starego Miasta.

6_ag_zabrodzka

Moim ulubionym typem uczestników wszelkiego rodzaju wernisaży są krytycy, ci, którzy za krytyków chcą uchodzić i ci, którzy krytyków udają, ale nigdy nie powinni nimi zostać. Mimo to zawsze jest miło. A u Agnieszki było nawet bardzo, i ciekawa jestem, czy wszystkim, tak jak mnie, chodziła po głowie myśl, że jak masz taki obraz na ścianie, to nic tylko siedzieć, rozmawiać, i sączyć powoli flaszkę porządnego Chianti.

Prace Agnieszki możecie znaleźć tu: klik!

Wróćdo opowieści