POEZJA KASI BANAŚ

POEZJA KASI BANAŚ

Czasami zakochuję się od pierwszego wejrzenia. W rzeczach, momentach, starszych małżeństwach w parku i dźwiękach gitary. Czasem zakochuję się na moment, a czasem na zabój i potem ta wielka miłość siedzi mi na ramieniu z pozostałą bandą moich westchnień. Zajmuję się sztuką, nic więc dziwnego, że mam całą bazę nazwisk o twarzach złożonych z obrazów, przyśpieszających rytm serca jak nocny bieg przez puste osiedle.

paintings-2010-2012-83-p7223081Najfajniejsze w malarstwie jest to, że pierwszy, maleńki błysk skłania mnie zawsze do chcenia więcej. Znam w ten sposób większość obrazów Schielego, Maneta i Hodlera, każdą Górę Hałasa i z tego konkretnego powodu nie mam ochoty oglądać Rubensa. Dlatego zawsze, kiedy w Warszawie organizują te wszystkie targi z drogimi stanowiskami i sprzedawcami, którzy wiedzą co-gdzie-za-ile i czy w ogóle warto, chodzę tam w nadziei, że i tym razem coś zaskoczy i będę miała o czym pisać. Nie będę kłamać, że to rzadkość, że tak się dzieje. Od zawsze jestem kochliwa w kwestii ludzkiej twórczości i doskonale wiem, kiedy coś ma duszę, a kiedy nie. Zobaczyłam więc pewnego razu samotny obraz z podpisem: Kasia Banaś, i trochę się zabujałam. 

Chyba w tych kolorach, migoczących jak światło, które budzi mnie w poniedziałki, wpadając przez nieszczelną roletę. Są po prostu ładne. Ciepłe i przyjemne w ten szczególny sposób, dzięki któremu staję jak wryta, mrużę oczy, a potem uśmiecham się i rzucam krótkie: no, no! Karmię wtedy swoje oczy, obżeram się, jakby ten moment był jedyną okazją na oglądanie tego, co właśnie mam przed sobą. Luksusem. Cisza w ogrodzie, zachód słońca nad jeziorem, sierpniowe popołudnie na plaży i bielutki śnieg w grudniu. Kasia, zupełnie jakby weszła mi w głowę, utrwala wszystkie chwile, które kojarzę z niezmąconym niczym szczęściem, taką najczystszą jego formą, do której tęsknię w mieście i której nie chcę przerwać, gdy wreszcie nadeszła. Jak gdyby znalazła sposób, żeby malować poezję, którą pierwszy raz w życiu naprawdę rozumiem. 

Jest coś dobrego w tych obrazach, czego nie umiem ubrać w słowa. Trochę spokoju, trochę blasku, bardzo dużo czułości. Dla mnie zawsze cały szkopuł tkwił w tym, żeby sztuka przede wszystkim dawała przyjemność. I oprócz przypadków, którym dziwną rozkosz przynoszą usilne potyczki z kontrowersją, twórczość powinna nieść ukojenie. Jej oglądaniu musi towarzyszyć charakterystyczny ścisk w klatce piersiowej, płynący ciepłem wzdłuż przełyku i kończący się na twarzy niepohamowanym grymasem uznania. Fajnie, że w przypadku Kasi, dodałam od siebie jeszcze uśmiech, kiwanie głową i ciche, ale wymowne: wow. 

Zajrzyjcie na stronę Kasi: www.banas-art.pl!

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

 

 

obrazy-2013-2015-344-02

 

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

 

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

 

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Wróćdo opowieści